Mosia – jak krowa stała się artystką i inne niesamowite historie

Bywają historie, które zaczynają się epicko – od wielkich marzeń, podróży albo objawienia w świetle księżyca. Moja zaczyna się… od krowy. Tak, dokładnie – krowy. A właściwie pewnej uroczej druidki z gry World of Warcraft, która wplątała się w moje życie i stała się moim alter ego.

Od wirtualnych przygód do realnej magii

Wszystko zaczęło się dawno temu, w Azeroth, gdzie moja taurenka-druidka o imieniu Moosia przemierzała dzikie knieje, walczyła z potworami i – co najważniejsze – regularnie pakowała się w kłopoty. W grze panowało prawo silniejszego, ale ja stosowałam zasadę „najpierw działaj, potem myśl”. I tak oto moja Mosia, pełna odwagi (czytaj: brawury), rzucała się na bossów, nie czekając na wsparcie drużyny, a potem z wrzaskiem wołała swojego męża (w grze również druid, Moosiek): „Mosiek, błagam, moje HP topnieje szybciej niż czekolada na słońcu!”. Bywało różnie. Czasem zdążył, czasem nie. Czasem była to wina sił wyższych, czasem – mojego entuzjazmu i „strategii improwizacji”.

Granie druidką miało swoje zalety – mogłam zmieniać się w niedźwiedzia (prawdziwego tanka, który dzielnie ściągał na siebie uwagę Bossa, a potem cicho modlił się, żeby healer nie przysnął), tygrysa (szybką i drapieżną bestię, która z gracją pakowała się w walkę, wbijając solidny DPS i wywołując panikę wśród mobów) albo pumę (czyli panicznego sprintera, którego główną zdolnością było strategiczne oddalenie się w kierunku przeciwnym do zagrożenia).

Nie raz to właśnie puma ratowała Moskę przed heroiczną śmiercią w objęciach wściekłego, przerośniętego elitarnego mobka. Bo przecież każdy rozsądny gracz wie, że najlepsza taktyka to przeżycie – no chyba że w pobliżu był Mosiek, miał jeszcze trochę many i nie był zajęty obmyślaniem, dlaczego znowu musi mnie rezzować. Wtedy istniała szansa na cud healierski i powrót do życia bez konieczności smutnej wędrówki na cmentarz i żałobnej refleksji nad swoimi decyzjami.

A co usłyszała Mosia na temat swojej niefrasobliwej odwagi i wybitnej umiejętności prowokowania Bossów w najmniej odpowiednich momentach? Cóż… zasłona milczenia opadła, a cenzor Rady Azeroth nie dopuścił tych słów do publikacji. Ale powiedzmy, że trolle w Orgrimmarze mieliby ubaw po pachy.

Byłam jednak także osobą nad wyraz hojnie obdarowującą buffami każdego, kto się napatoczył. Nieznajomi często pytali mnie z wdzięcznością: „Kim ty jesteś?”, a ja odpowiadałam skromnie: „Nieznanym bohaterem na usługach chaosu”. Czasem z takich przygodnych buffow rodziły się nowe znajomości.

Ale WoW był czymś więcej niż tylko grą. Kiedy dzieliło nas z Mośkiem prawie 1000 kilometrów, Azeroth stawało się naszą wspólną rzeczywistością. W tym świecie mogliśmy być razem – śmiać się, wspierać i przeżywać przygody, które, choć wirtualne, mówiły o nas więcej niż niejeden realny spacer. W tych wszystkich bitwach i wyzwaniach poznawaliśmy siebie i swoje charaktery – zwłaszcza w sytuacjach, gdy ja, z wielkim optymizmem, rzucałam się na smoka, a Moosiek nerwowo liczył moje szanse przeżycia.

Jak zamiast zaklęć zaczęłam rzucać pędzlem

W pewnym momencie dostrzegłam, że magia, którą czułam w tej grze, to nie tylko emocje, ale też obrazy, które zaczęły pojawiać się w mojej głowie. Te fantastyczne światy, te kolory i światła… wszystko zaczęło przenikać do mojego życia. I tak, zamiast rzucać czary, zaczęłam rzucać pędzlem, kolorem i światłem.

Dziś nie biegam już po Azeroth,( w każdym razie nie tak często, jak było to przed laty) ale nadal tworzę magiczne światy – tylko zamiast miecza i buffów używam ilustracji, fotografii i słów. Moja sztuka to opowieści zamknięte w obrazach, które przenoszą w inny wymiar. To trochę jak czarowanie, tylko zamiast many zużywam kreatywność.

Co znajdziesz na tym blogu?

To nie będzie typowy blog. Nie znajdziesz tu nudnych analiz, poradników czy poważnych esejów o sztuce. Znajdziesz tu podróże przez wyobraźnię – ilustracje, baśnie, kulisy mojej twórczości i historie, które łączą obrazy ze słowami.

Będę dzielić się inspiracjami, które czerpię z natury, emocji i tych drobnych chwil, które zatrzymują oddech – mglistych poranków, złotego światła zachodu, melancholii deszczu stukającego o szyby. Będę też opowiadać o tym, jak tradycyjna sztuka splata się z nowoczesną technologią – bo oprócz farb i ołówka korzystam też z AI, Photoshopa i innych narzędzi, które pomagają mi przenieść moją wizję na ekran i papier.

Jeśli lubisz światy pełne magii, fantazji i odrobiny humoru, jesteś w dobrym miejscu. Mam nadzieję, że ten blog stanie się dla Ciebie miejscem inspiracji i uśmiechu.

Zapraszam Cię do mojego świata – rozgość się i poczuj magię! 

Z głową w chmurach i sercem w baśni, Mosia